1 2 3 4 5

1% podatku KRS 0000349426 Bez wahania przekażcie 1% Waszego podatku dla polskiej Szkoły im. Jana Pawła II w Jacmel.

7 rocznica trzęsienia ziemi na Haiti 12 stycznia 2017 roku mija siódma smutna rocznica tragicznego trzęsienia ziemi na Haiti. Wówczas zginęło wielu niewinnych ludzi.

Creamy dzieciom :) Firma Creamy Creative Cosmetics postanowiła wesprzeć dzieci ze szkoły Jana Pawła II w Jacmel.

Nagroda uznania za wybitny projekt infrastruktury publicznej Nasi architekci: Marta Niedbalec i Maciej Siuda odebrali nagrodę dla całego zespołu BALON (Medellin w Kolumbia) zostali oni wyróżnieni nagrodą Holocim Awards 2014 za projekt szkoły na Haiti!

Przekaż 1% podatku KRS 0000349426 Poznaj twarze naszych dzieci! Przyszli uczniowie szkoły Jana Pawła II w Jacmel tymczasem bawią się w prowizorycznej szkole.


zamknij

Wyniki wyszukiwania


Retrospekcje

1.03.2011

Pół roku po trzęsieniu ziemi - szkoła podstawowa braci Joseph w Carrefour

 Marek Gonzalez był jednym z ośmiu Polaków, którzy pół roku temu, 12 stycznia, znajdowali się na Haiti. Trzęsienie ziemi przeżył w Port-au-Prince, przez kilka dni był uważany za zaginionego. Udało mu się bezpiecznie dotrzeć do rodziny w Santo Domingo, ale już kilka tygodni później - zamiast wrócić do bezpiecznej Warszawy - jechał znowu na Haiti z pomocą humanitarną. Dzięki koleżance, Estelli Joseph, trafił do szkoły podstawowej w Carrefour, która zawaliła się podczas katastrofy. Przez kolejne 2 miesiące dzielnica Bertin i dom rodziny Joseph stały się jego domem.

Do Carrefour, miasta przylegającego od południowego zachodu do Port-au-Prince, stolicy Haiti, po raz pierwszy przyjechałem na początku lutego. Była to pierwsza moja wizyta w kraju od trzęsienia ziemi, a pojechałem tam z sąsiedniej Dominikany razem z nowopoznaną działaczką haitańską Estellą Joseph, która chciała pomóc swoim rodzinnym stronom, i z konkretnym celem – znaleźć miejsca, do których pomoc nie dotarła, udokumentować je i zdobyć środki na dostarczenie transportu humanitarnego. Przyjęto nas z otwartymi rękami i z nadzieją, a zdjęcia, które tam zrobiłem, spowodowały niemal natychmiastowy skutek – zastrzyk pieniędzy nieoficjalną drogą, za które mogliśmy zawieźć do Carrefour ciężarówkę z prowiantem, wodą i odzieżą dla najbardziej potrzebujących. Były to dzieci, częściowo ocalałe ze szkoły, która pogrzebała ponad trzy setki uczniów, kaleki z przytułku sióstr teresjanek, sieroty będące pod opieką braci mojej towarzyszki, wreszcie dzieci z całej okolicy, które podobnie jak większość mieszkańców stron dotkniętych trzęsieniem, były głodne.

Jeździłem do Haiti jeszcze kilkakrotnie, bo moi warszawscy przyjaciele postanowili zorganizować koncert charytatywny na rzecz ofiar trzęsienia, a ja wyznaczyłem sobie zadanie znalezienia konkretnych ludzi, do których miałyby trafić te środki. Jako Koalicja Sił Jamajskich (nazwa stąd, że na koncercie dominowała jamajska muzyka), zebrali niecałe 7 tys. dolarów, a naszą ambicją było raczej wsparcie jakiegoś projektu długoterminowego niż pomoc doraźna. Kursowałem więc między Santo Domingo, Carrefour i Jacmèl, poznawałem ludzi, kilka pomysłów musiałem odrzucić. W końcu zdecydowałem się na powrót do miejsca, do którego przyjechałem na początku, a które stało się moim domem na kilka następnych tygodni. Miejsca, w którym i bez trzęsienia ziemi z pewnością należałoby coś zrobić.

Górzyste przedmieścia Carrefour, dzielnice Bertin, Rivière Froide i Demichelle to właściwie dziko rozrośnięty konglomerat zabudowań, połączony z miastem pylistymi drogami gruntowymi, w czasie deszczu zmieniającymi się w błotniste potoki, bez bieżącej wody i kanalizacji, krańcowo zanieczyszczony z powodu braku gospodarki odpadkami, które stanowią pożywienie tu i ówdzie pasającej się trzody chlewnej i kóz. Gros mieszkańców żyje tam poniżej granicy ubóstwa, w nędznych zabudowaniach nie stanowiących solidnej ochrony przed żywiołami, niedożywiona, w warunkach skrajnie niehigienicznych, narażona na rozmaite choroby i zwykle bez większych szans na profesjonalną opiekę medyczną. Wiele osób, zwłaszcza kobiet, trudni się drobną sprzedażą uliczną, są rozmaite punkty usługowe, niewielkie sklepy i jadłodajnie, część ludzi podejmuje prace dorywcze, ale ogólny poziom bezrobocia jest ogromny, co bezpośrednio wpływa na lokalny rynek i potęguje mizerię. Do dzielnic tych nie dotarła po trzęsieniu żadna wyspecjalizowana ekipa ratunkowa. Wydobywaniem ludzi spod gruzów, pomocą rannym i ich transportem do szpitala miejskiego, wreszcie wydobyciem zwłok i przewiezieniem ich do wykopanych nad morzem zbiorowych grobów zajęli się sami mieszkańcy. Przez długi czas od katastrofy, w obawie przed wstrząsami wtórnymi nocowano na dworze. Skrawki wolnej przestrzeni z czasem zapełniły się prowizorycznymi schronieniami. Wiele z nich pozostało do dziś – należą do ludzi, których domy nie nadają się już do zamieszkania. Sporo mieszkańców wciąż jeszcze spędza noce przed domami, pod zaimprowizowanymi zadaszeniami, które stały się integralną częścią domostw i krajobrazu.
 

Gościłem w jednym z zabudowań rodziny Joseph. Wspomniani bracia towarzyszki moich poprzednich podróży prowadzą w Bertin szkołę podstawową, którą udało im się wybudować w 2001 roku wysiłkiem ich własnej organizacji, dbającej o potrzeby dynamicznie rozrastającej się dzielnicy, i przy wsparciu luksemburskiej fundacji Objectif Tiers Monde. Spędziłem pewien czas obserwując sytuację, wypytując o różne sprawy, wreszcie odkryłem się ze swoimi zamiarami. Wspólnie zastanowiliśmy się nad tym, co możemy trwałego i sensownego zrobić za tak niewielkie środki. Szkoła braci Joseph miała szczęście – w styczniowej katastrofie nie zginął żaden uczeń ani nauczyciel. Zawaliło się jednak piętro i cały budynek nadaje się wyłącznie do wyburzenia. Mimo to, trzy miesiące po trzęsieniu ziemi ruszyły zajęcia, na które codziennie dociera ponad 190 dzieci. Korzystają z ławek wydobytych z zawalonego budynku i ustawionych pod zadaszeniem z plandeki w obejściu rodziny Joseph, gdzie poza kilkoma nędznymi domostwami i grożącą przepełnieniem latryną nie było nic. Kilka razy w tygodniu dostawały też ciepły posiłek, przygotowywany w domu jednego z braci, Phenorda Josepha. Większość dzieci nie płaci za naukę, bo po trzęsieniu ziemi ich rodziny znalazły się w dramatycznej sytuacji, a instytucja działa dzięki pomocy OTM, która pokryła pensje nauczycieli. Zdecydowałem się w pierwszej kolejności wesprzeć tę tymczasową siedzibę, by na czas jej działania zapewnić podstawowe warunki uczniom, pracownikom i samym mieszkańcom obejścia, których liczba podwoiła się po trzęsieniu. W ciągu pięciu tygodni wybudowaliśmy kuchnię oraz dodatkową latrynę i łazienkę. Przy budowie zatrudniliśmy miejscowych rzemieślników i młodzież, około trzydziestu osób znalazło dorywcze zajęcie. Nie chcieliśmy jednak ograniczać się tylko do pomocy materialnej, choć jej skutki były już trwalsze niż np. dowiezienie żywności. Zastanawialiśmy się nad inwestycją w samych mieszkańców, w młodzież, najczęściej bezrobotną, bez kwalifikacji. Stąd wypłynął pomysł zorganizowania kursu zawodowego. Szkoła zrealizowała kilka lat wcześniej kurs stolarski, którego część absolwentów ma dziś stałą pracę, a dwóch z nich zatrudniliśmy przy budowie. Tym razem wybór padł właśnie na budowlankę. Kupiliśmy narzędzia i materiały do przeprowadzenia półrocznego kursu, obejmującego prace budowlano wykończeniowe i glazurnictwo. Ma on przynieść korzyści czysto praktyczne – przygotować piętnaścioro jego uczestników do pracy w zawodzie, który, jak należy się spodziewać, będzie miał w najbliższych latach spore wzięcie ze względu na konieczność odbudowy wielkiej ilości domów. Wszystkie narzędzia i materiały pozostaną w dyspozycji szkoły, więc przedłużenie kursu będzie tylko kwestią pokrycia pensji wykładowcy i zakupu materiałów zużywalnych. Danie młodzieży kwalifikacji, a więc większych szans na znalezienie pracy i finansową samowystarczalność, jest zyskiem oczywistym, a najlepszy tego przykład stanowią wspomniani absolwenci kursu stolarskiego. Jeśli obiecana pomoc na Haiti dotrze, kraj czeka boom budowlany. Byle tylko nie ominął takich miejsc jak Bertin.

Marek González ma 26 lat, jest tłumaczem, perkusistą, ma nadzieję na skończenie studiów orientalistycznych. W listopadzie pojechał do rodziny na Dominikanie, styczniowe trzęsienie ziemi przeżył w Port-au-Prince, gdzie odwiedzał przyjaciół. Zdecydował się pozostać na wyspie, by pomóc ofiarom katastrofy, w Haiti spędził ponad dwa miesiące. Niektóre ze swoich obserwacji opisał na blogu „Obrazki z Hispanioli” www.kocismalec.blogspot.com